Ktokolwiek wie…

Po raz kolejny Kutz objawia się jako portrecista polskiej prowincji, po której opowiadał prawie we wszystkich wcześniejszych dziełach. Film Kutza jest także dramatem samotności i pustki. I w tym sensie posiada, prócz społecznego, równie istotny wymiar egzystencjalny. Niektórzy krytycy spostrzegli w Kutzu znowu nowatora, którego poszukiwania przypominały egzystencjalne dramaty Antonioniego. Kutz o filmie: „Kiedy dziś myślę o „Ktokolwiek wie. . . ” wydaje mi się, podobnie zresztą jak w odniesieniu do szeregu innych moich utworów, że był to film jak na nasze warunki przedwczesny. Niewątpliwie coś podobnego przytrafiło mi się kiedyś z „Nikt nie woła”. Dzisiaj robienie filmu w oparciu o taką strukturę nie jest już żadnym problemem, żadną nowością. Lubię „Ktokolwiek wie… „, gdyż uważam, że jednak została w nim zapisana w poważnej części jakaś polska autentyczna rzeczywistość. Pod tym względem jest to film coraz bardziej unikalny. Jest to wciąż jeden z nielicznych, rzadkich filmów, za pomocą których można by odtworzyć atmosferę polskiego życia i jego pragmatykę w najciekawszym dla mnie wydaniu, mianowicie w wydaniu prowincjonalnym: tam, gdzie się Polska właściwie ogniskuje, gdzie ona prawdziwie istnieje”. (1973)

Pisali inni:

Film niesie słowo niepokoju, i to jest jego wartość. Zygmunt Kałużyński (1966)

Dawno nie mieliśmy tak złego filmu, będącego mieszaniną nieudolności i pretensjonalności. Krzysztof Teodor Toeplitz (1966)

Jest to film, który w kinie polskim nauczył się najwięcej od zjawiska: Antonioni – i najlepiej to zjawisko zrozumiał. Andrzej Werner (1985)